Na co dzień spotykamy go w eleganckim otoczeniu, gdzie jako dyrektor zarządza obiektami Dom Oliwski i Fischgarten, dbając o komfort gości. Jednak gdy tylko pojawia się okazja, Paweł Klejbor zamienia biurowy świat na ten surowy, pionowy i pokryty lodem. Jego pasją są góry – te najwyższe i najbardziej niedostępne. Już w sierpniu, wspierany przez Grupę Domotel, wyrusza na pionierską wyprawę do Pakistanu, której celem jest historyczne, pierwsze polskie wejście na szczyt Malubiting West. Zapraszamy do rozmowy o marzeniach, determinacji i drodze, która prowadzi na sam dach świata.
Paweł, dla większości z nas wakacje to synonim słońca, plaży i relaksu w ciepłych krajach. Twój urlop będzie chyba wyglądał zgoła inaczej?
Paweł Klejbor: (śmiech) Zdecydowanie inaczej. Podczas gdy inni będą szukać cienia przed słońcem, ja będę się zmagał z mrozem. W sierpniu planujemy wejście na szczyt Malubiting West w Pakistanie. To potężna góra, mierząca 7458 metrów nad poziomem morza. Dla zobrazowania warunków, obecna prognozowana temperatura na szczycie to około minus 24 stopnie. Można więc powiedzieć, że jadę tam, gdzie jest bardzo, bardzo zimno. To będzie historyczna wyprawa, bo jeśli wszystko się uda, dokonamy pierwszego polskiego wejścia na ten wierzchołek.
To ogromne wyzwanie. Skąd pomysł na zdobycie akurat tego, tak mało znanego szczytu?
Pomysł zakiełkował w mojej głowie pod koniec zeszłego roku, jeszcze w grudniu. Szukałem czegoś naprawdę ambitnego i ciekawego na kolejny sezon. W styczniu pojawiła się konkretna opcja dołączenia do międzynarodowej wyprawy. Nasz zespół wspinaczkowy będzie liczył trzy osoby: ja, kierownik wyprawy Radek oraz Dave z Wielkiej Brytanii. Poznamy się i zgramy podczas aklimatyzacji na Kazbeku, a potem czeka nas już główny cel w Pakistanie.
Taka wyprawa to nie tylko wysiłek fizyczny, ale i ogromne przedsięwzięcie logistyczne i finansowe. Jaki jest koszt realizacji takiego marzenia?
To prawda, to bardzo złożony projekt. Bazując na sprzęcie, który gromadziłem przez lata – czyli specjalistycznej odzieży puchowej, sprzęcie alpinistycznym i potężnym obuwiu – koszt wyprawy zamyka się w granicach 25-30 tysięcy złotych. Gdyby ktoś chciał zacząć od zera, musiałby liczyć się z wydatkiem rzędu 50 tysięcy złotych. Na miejscu wspierać nas będzie pakistańska agencja, która zajmie się zaopatrzeniem bazy w jedzenie i niezbędne rzeczy.
Jak wyglądają przygotowania do zmierzenia się z siedmiotysięcznikiem? To miesiące wyrzeczeń?
Droga na szczyt zaczyna się na długo przed wyjazdem. Jeszcze w lipcu lecę na aklimatyzację na Kazbek, by wejść na 5000 metrów i przyzwyczaić organizm do wysokości i minusowych temperatur. Kluczowa jest też specjalistyczna dieta, opracowana z moją zaufaną dietetyczką. Skupiamy się na budowaniu rezerw – dużej ilości żelaza i masy mięśniowej, ale, co ciekawe, niekoniecznie na traceniu tkanki tłuszczowej. Te tłuszcze, wbrew pozorom, bardzo się przydadzą w ekstremalnych warunkach. Bilans kaloryczny podczas ponad miesięcznej wyprawy na pewno będzie na minusie, więc organizm będzie miał z czego czerpać energię.
A trening fizyczny? Jak przygotować formę na Himalaje, mieszkając w Trójmieście?
Okazuje się, że Trójmiasto oferuje świetne warunki! (śmiech). Podstawą są oczywiście treningi biegowe i długodystansowe marszobiegi, które przygotowują organizm na wielogodzinny wysiłek. Ale moim sekretnym miejscem są schody na Babich Dołach w Gdyni. To genialne miejsce do treningu interwałowego. Zejście z klifu to około 160 stopni w jedną stronę. W ciągu godziny można pokonać ich ponad 3200! To naprawdę buduje kondycję. Poza tym regularne, intensywne wyjazdy w nasze Tatry, żeby pochodzić przez kilka dni, i oczywiście morze, które daje ciszę i spokój niezbędne do mentalnego przygotowania.
Ta miłość do gór to pasja na całe życie. Gdzie się zaczęła?
Wszystko zaczęło się, gdy miałem 11 lat. Rodzice po raz pierwszy zabrali mnie w Tatry i to była miłość od pierwszego wejrzenia. W bardzo krótkim czasie przeszedłem wszystkie możliwe szlaki, a z czasem zacząłem zdobywać odznaki górskie i uprawnienia przodownika GOT PTTK. Apetyt rósł, więc naturalnym krokiem były Alpy i Mont Blanc. Po jego zdobyciu pomyślałem o Koronie Ziemi. Udało mi się zaliczyć pięć z jej szczytów, w tym mój dotychczasowy rekord wysokości – Aconcaguę w Ameryce Południowej. Niestety, finansowanie Everestu czy Masywu Vinsona to kwoty astronomiczne, więc ten projekt na razie czeka.
Wróćmy do wyprawy na Malubiting West. Wspomniałeś, że to pionierskie wejście. To oznacza, że nie idziecie przetartym szlakiem?
Dokładnie tak. To jest największe wyzwanie i jednocześnie najpiękniejszy element tej wyprawy. Traktujemy to bardziej jako eksplorację niż komercyjną wspinaczkę. Nie ma tam wydeptanej ścieżki ani gotowych poręczówek. Wszystko będziemy musieli wypracować sami – od wytyczenia drogi, po założenie od czterech do pięciu obozów pośrednich. Będziemy poruszać się głównie pod wieczór i wczesnym rankiem, gdy mróz ścina śnieg. W dzień słońce sprawia, że staje się on grząski i niebezpieczny. Kiedy nastąpi atak szczytowy? Tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Będziemy zależni od pogody, warunków i tego, jak góra nas poprowadzi.
To wszystko brzmi niezwykle ekscytująco. Czy będziemy mogli śledzić Twoje postępy?
Oczywiście, bardzo mi na tym zależy! Podczas całej wyprawy będę miał przy sobie nadajnik GPS, dzięki któremu na bieżąco będzie można śledzić moją pozycję na mapie. W miarę możliwości technicznych postaram się też przesyłać krótkie relacje i zdjęcia drogą satelitarną. Cała wyprawa, licząc od wylotu do powrotu, potrwa około miesiąca, z czego w samych górach spędzimy około 25-27 dni.
W takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak życzyć powodzenia, stabilnej pogody i szczęśliwego powrotu. Trzymamy kciuki!
Na to liczę i dziękuję. Do zobaczenia po powrocie ze szczytu
